5/10/2016

6 miesięcy w Ameryce Południowej - podsumowanie podróży.

6 miesięcy (179dni) w Ameryce Południowej minęło jak za mrugnięciem oka! Od listopada do maja żyłam sobie trochę innym życiem i zobaczyłam trochę inny świat :) Poznałam ciekawych i dobrych ludzi i przeżyłam niesamowitą przygodę. Stęskniłam się, więc chciałam wracać, ale żal też było zamykać ten rozdział. O tym, że zdecydowałam się rzucić wszystko na chwilę i wyjechać napisałam w osobnym poście, o ogólnych wrażeniach z pierwszych miesięcy i o tym, jak zmieniłam zdanie i rzuciłam staż też napisałam w osobnym poście, wspomniałam co nieco o bezpieczeństwie przy okazji postu z Rio de Janeiro. Teraz przyszedł czas na małe podsumowanie tego wszystkiego.

Tak wygląda mapa zwiedzonych przeze mnie miejsc. Pętlę zrobiłam autobusem w 2 ostatnie miesiące - przejechałam ponad 13600km spędzając w sumie w samej podróży około 9 dni. W samej Ameryce Południowej spędziłam 179dni :) Najwięcej w Brazylii, bo to Brazylia była celem - o całej reszcie też od początku myślałam, ale nigdy nie wiedziałam czy do końca to wypali. A jak fajnie wyszło! :) 

Wydaje mi się, że tak najlepiej się podróżuje, przynajmniej w Ameryce Południowej - bez sztywnego planu. Często, moim zdaniem, nie opłaca się tu rezerwować wcześniej, bo zwykle to co jest w Internecie, jest dużo droższe, niż gdyby zorientować się samemu. Chociaż pewnie łatwo mi mówić, bo jeździłam w niskim sezonie, gdzie nawet bilet na Machu Picchu mogłam kupić tylko 2 dni przed. Przemieszczanie się tutaj zajmuje dużo czasu, dlatego elastyczność, możliwość zmiany planów, była dla mnie idealna. Ciężko przewidzieć pogodę, czy swoje zmęczenie, czy opóźnienie autobusu. Mój plan podróży sam tworzył się i modyfikował w drodze. Przed wyjazdem myślałam, że dobrze byłoby wrócić jeszcze na miesiąc do Brazylii zanim skończy się moja wiza, wróciłam 2 tygodnie przed, bo stwierdziłam, że właściwie w podróży też jest dobrze i daję sobie radę i tak na prawdę wcale nie chce mi się spieszyć.

BRAZYLIA = 119 dni

Pobyt zaczęłam pracowicie, bo już drugiego dnia po przyjeździe szłam do firmy. Staż nie był niestety spełnieniem moich marzeń, jak się dość szybko okazało, nie odnalazłam się w pracy, ale mimo wszystko wspominam ten czas dobrze. Poznałam ciekawych ludzi, pomieszkałam trochę w jednym miejscu, poćwiczyłam portugalski, zostałam zaproszona na wesele, odwiedziłam pobliskie Bonito, gdzie nawet nurkowałam z rurką i po raz pierwszy widziałam papugę, tukana. Szybko wybrałam się w podróż - w święta Bożego Narodzenia pojechałam do Sao Paulo, do Rio, odwiedziłam Paraty i wyspę Ilha Grande, gdzie widziałam najpiękniejsze plaże. Po takiej podróży jeszcze ciężej było wracać do pracy, nie dlatego, że się zniechęciłam, dlatego, że szef wyjechał na urlop a ja zostałam tam praktycznie sama, z prawie niczym do robienia. Zaczęło mnie to po prostu bardzo smucić i to wtedy podjęłam decyzję o skończeniu tego wszystkiego. A później przyszedł karnawał, kiedy bawiłam się na północnym-wschodzie kraju! A zaraz po, znów musiałam się spakować, znów trochę niepewnie, ale wyjechałam z Brazylii, Wróciłam jeszcze na 2 ostatnie tygodnie, żeby odpocząć na plażach Florianopolis, zobaczyć ostatni raz znajomych z Campo Grande i pożegnać kraj w Rio.

BOLIWIA = 19 dni

Wspominam bardzo, bardzo dobrze! Szybko zniknęła ta niepewność i włączyła się u mnie ekscytacja tym wszystkim, co inne. Byłam więc pełna energii, odwiedziłam znajomych, chodziłam na targi, gdzie wszystko było tak tanie,. Uwielbiałam lokalne stroje, inne rysy twarzy, uwielbiałam krajobrazy - jezioro Titicaca, Andy, tutaj po raz pierwszy zobaczyłam wulkany z tak bliska, gejzery, flamingi, pustynię solną.

PERU = 7 dni

Peru właściwie na mojej liście miało nie być, myślałam, że przecież kiedyś wrócę i będę zwiedzać dalej, ale stwierdziłam, że mam czas i jestem dość blisko, więc pojadę, bo trochę szkoda nie. Było warto przejechać trochę więcej dla Machu Picchu i poznanych tam ludzi, u których potem mogłam się zatrzymać. Poza tym w Peru widziałam też pływające wyspy na jeziorze Titicaca.

CHILE = 7 dni

Pustynia Atacama wydawała mi się miejscem zupełnie niedostępnym, tymczasem pojechałam sobie tam jak gdyby nigdy nic i nawet sama byłam tym zdziwiona. Krajobrazy są bardzo podobne do tych z południa Boliwii, ale niesamowicie podobała mi się Dolina Księżyca, góry i wydmy piasku w jednym miejscu. W Chile, już po blisko miesiącu podróży ekscytację zaczęło przykrywać zmęczenie,  ale codziennie i tak budziłam się z energią do tego wszystkiego. Zobaczyłam stolicę Chile i Valparaiso, najbardziej kolorowe miasto, pełne graffiti i murali.

ARGENTYNA = 20 dni

Zaczęłam od północy Argentyny, a tam małe miejscowości i kolorowe góry, jakich nigdy nigdzie indziej nie widziałam. Zobaczyłam też z tak bliska najwyższy szczyt Ameryki - Aconcaguę. Zwiedzałam winnice i piłam dobre wino. Byłam częstowana yerba mate. Spędziłam tydzień w Buenos Aires, a na koniec zachwycałam się wodospadami Iguazu w dobrym towarzystwie poznanej w drodze Karoliny :)

URUGWAJ = 4 dni

Przez Urugwaj przejechałam leniwie, spokojnie. Spacerując po miastach, wpatrując się w morze i odpoczywając w parkach :) Szczyt zmęczenia!

PARAGWAJ = 2 godziny :)

Właściwie nie powinno się liczyć, bo przejście za granicę właściwie tylko na obiad, ale zdobyłam też pieczątki do paszportu i paragwajskie pieniądze na pamiątkę:P


Nieco więcej, dla ciekawych - jak to wszystko?

Podróżowałam sama, chociaż pewnie tylko teoretycznie, bo poznałam w drodze mnóstwo osób, z którymi jednak, jak to w podróży, żegnałam się po 1-2-3, maksymalnie 6 dniach. Mimo wszystko lubię takie znajomości, bo są intensywne, kończą się zanim zaczniemy się denerwować, a jeśli jest na tyle dobrze, to zostajemy w kontakcie i może kiedyś uda się znów zobaczyć.

Spałam w hostelach, hostalach (prywatne pokoje - tanie np. w Boliwii, Peru), domach znajomych i przez couchsurfing.

Jeździłam bardzo dużo autobusami. Wcale nie było to tak męczące jak wcześniej o tym myślałam. Autobusy dalekodystansowe w Ameryce Południowej są w dobrym stanie, jest dużo miejsca. Najdłuższe przejazdy jakie miałam to z Santiago de Chile do Buenos Aires w 22h i z Campo Grande do Rio de Janeiro w jakieś 25h. Zwykle dużo i intensywnie zwiedzałam, dlatego traktowałam ten czas jako zasłużony odpoczynek i bez problemu spałam! 

Bardzo się cieszę, że mogę to powiedzieć - nic mi się nie stało! Nie okradziono mnie, nie porwano, nie zachorowałam na żadną z niebezpiecznych, tropikalnych chorób, nic niebezpiecznego nie było nawet blisko! Na pewno miałam szczęście, ale cieszę się, że mogę być tym pozytywnym przykładem, dla tych, którzy chcą jechać, a strach ich powstrzymuje. Nie ma co bać się na zapas! Poza szczęściem jest jeszcze zdrowy rozsądek. Dobrze wiedzieć o wszystkich realnych zagrożeniach i robić co w swojej mocy, żeby je zminimalizować. Ja też stosowałam pewne zasady, o których co nieco pisałam już przy okazji pierwszego posta z Rio de Janeiro. Kilka moich sposobów, jak unikałam zagrożeń w Ameryce Południowej:

Nie wychodziłam z całym swoim majątkiem - z każdym wyjściem wiedziałam, że być może będę musiała oddać to, co ze sobą mam. Dlatego wychodziłam z gotówką potrzebną na dane wyjście i kartą. Kart miałam ze sobą 3, w razie gdyby ta, z którą wychodzę została ukradziona. Poza tym na tych kartkach również nie miałam całego swojego majątku. Miałam go na innym koncie, a przelewy robiłam sobie od czasu do czasu bezpłatnie. Gotówkę, którą miałam ze sobą miałam często schowaną w różnych miejscach, tj. część w portfelu, drobne w kieszonce, część w innej przegródce swojej saszetki - nerki podróżnej. (Pomysły - miałam zamiar mieć ukryty portfel, tj. taki, który nosi się pod ubraniem, ale go gdzieś zgubiłam jeszcze jak się pakowałam i go już w Brazylii nie znalazłam. Miałam też pomysł nosić taki jakby fałszywy portfel, właśnie dla złodzieja, w którym miałabym troszkę gotówki i stare polskie złotówki, żeby w razie złości, że nie mam więcej, wytłumaczyć się, że muszę wymienić walutę.) Wolałam nie pokazywać tego co ze sobą mam - zdarzało się, że włożyłam swój aparat do zwykłej reklamówki z zakupami, albo, że miałam wszystko schowane w krótkich spodenkach pod spódnicą/sukienką - to był mój ulubiony patent. Zdarzyło się też, że schowałam pieniądze do buta, czy opakowania z chusteczkami higienicznymi. Ale czasem z tego rezygnowałam, w miejscach turystycznych, tak jak inni - aparat po prostu miałam przy sobie, ale okręcony kilka razy o nadgarstek, żeby nie było tak łatwo go wyrwać. Generalnie starałam się mieć otwarte oczy., bo większość kradzieży zwykle wykorzystuje nieuwagę.

Inna ważna sprawa to nie pokazywać zagubienia. Widać, że jest się turystą, mnie bardzo zdradzały oczy i jasny kolor skóry. Ale zawsze starałam się wiedzieć gdzie idę, tzn. sprawdzałam wcześniej mapę, bywało, że udawałam, ale szłam pewnie i szybko. Mapę sprawdzałam tylko od czasu do czasu, albo kiedy już usiadłam spokojnie w autobusie. Dużo razy stawiałam na intuicję. Gdy ktoś wydawał mi się podejrzany, a dookoła nie było zbyt wiele osób, skręcałam gdzieś szybko, zmieniałam stronę drogi, wchodziłam do jakiegoś sklepu, żeby przeczekać, aż dana osoba odejdzie, poobserwować. Widzieć co dzieje się dookoła. Poza tym wiedziałam, że znajomość języka też może pomóc. Słyszałam mnóstwo historii, o tym co komuś się przytrafiło, ale ja spotkałam mnóstwo dobrych ludzi. Zdarzyło się, że upuściłam jakiś banknot jak coś kupowałam, a nawet tego nie zauważyłam - zaraz mi go ktoś oddał. Zdarzyło się, że chciałam nagle zrobić zdjęcie i wyciągając aparat znów coś tam upuściłam i też tego nie widziałam, ale ktoś mi pokazał. Kiedy zdarzało się, że spacerowałam sama przed siebie udając, że wiem gdzie idę, zdarzało się, ze ktoś się zatrzymywał i kiwał do mnie palcem, żeby tam nie iść. Dostawałam dużo pomocy :)

A po powrocie?

Ostatni dzień w Brazylii cieszyłam się, że wracam, ale też było mi jednocześnie smutno zamykać już tamten rozdział. Ale wiadomo, że wszystko trzeba kiedyś zakończyć, za to można wracać. Zdecydowanie wracam z nową energią, moja dziekanka jeszcze trwa, przede mną jeszcze rok studiów, teraz chwila podróży po Polsce w odwiedzaniu wszystkich, za którymi się stęskniłam, cieszenie się piękną wiosna, może góry, a potem intensywnie do pracy do Portugalii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój e-mail - nie przegapisz wpisu :) / Follow by Email :) Don't miss a post!