3/06/2016

Jezioro Titicaca, Peru - Puno, trzcinowe wyspy Uros i ruiny Sillustani

Czas na Peru! 

Znalazłam znów miejsce dla siebie, zostawiłam plecak i w drogę -pora lunchu, więc wstąpiłam na miejski targ, żeby zjeść z miejscowymi tanio.
Już dużo razy widziałam mięso na ulicy, ale mimo wszystko dalej szokują mnie takie sceny...

Puno jest większe od Copacabany w Boliwii, wydaje się też nie aż tak turystyczne. Zaczęłam od widoku na miasto ze wzgórza.

Nie myślałam nawet, że jeszcze pierwszego dnia będę mogła wybrać się na wyspy Uros - można wykupić wycieczkę na te i inne wyspy, ale na Uros, które są dość blisko brzegu, można wybrać się samodzielnie - wszystko jest i tak tam tak zorganizowane, żeby przyjąć turystów i opowiedzieć im o kulturze Uros. 

W drodze do portu. Oprócz Uros można zobaczyć też inne wyspy - Taquile, Amantani - można tam zobaczyć mieszkańców w ich kolorowych tradycyjnych strojach.

W drodze na trzcinowe wyspy!

Zostajemy miło przywitani. Na wyspach mieszkają do dziś potomkowie kultur preinkaskich. Mają tutaj swoje domy, kuchnie, dzieci mają szkołę. Wyspy zrobione są w całości z trzciny totora, która gnije, tak więc co jakiś czas nakłada się kolejną warstwę trzciny, a konstrukcja podtrzymywana jest też przez wielkie pale, tak, żeby wyspy nie odpłynęły zbyt daleko. Buduje się tu też specjalne łodzie. Ale jest też nowocześnie - bo są tu baterie słoneczne!
Wysepek jest kilkadziesiąt, a każda ma swojego prezydenta. Wszyscy ubrani są w kolorowe stroje i sprzedają tu pamiątki.

 

Wbijam do paszportu pamiątkową pieczątkę.

 Wracamy - rzeczywiście wyspy są przygotowane na przyjęcie turystów, można tutaj nawet spać - jest trochę komercyjnie, ale mimo wszystko da się odczuć, że to jedyne takie miejsce na świecie, unikatowe. 

W Puno próbuję ceviche. Tu z kukurydzą. Trochę dziwne, bo bardzo kwaśno-słone - bo to ryba z cebulą i zalana sokiem z limonki, jakby zamarynowana.

Następny dzień jako, że już odwiedziłam Uros, zamiast kolejnych wysp (Taqile, Amantani) wybrałam się do Sillustani, gdzie znajdują się wieże (chullpas) jeszcze z czasów preinkaskich. W wieżach chowano najprawdopodobniej zmarłych. 
 



 Ten kamień z wzorkiem przypomina pumę i ma właściwości energetyczne - kompas przy nim szaleje i się gubi. 

W samym miasteczku też można kupić pamiątki, swetry, torby, plecaki. Wszystko jest piękne i tanie.


Wracając z Sillustani zatrzymujemy się (z wycieczką) w domu w małej wiosce w okolicy - żeby poznać trochę kultury - zobaczyć różne rodzaje quinua, czyli komosa ryżowa - bardzo zdrowa, tu różne rodzaje. Próbowaliśmy też sera i ziemniaków z taką jakby mieszanką z błota/gliny - chaco. 
 Poznajemy też technikę robienia swetrów z alpaki.
 I przed domem mamy mnóstwo zwierząt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój e-mail - nie przegapisz wpisu :) / Follow by Email :) Don't miss a post!