3/29/2016

Boliwia, salar de Uyuni i południe Boliwii. Pustynia, wulkany, lahuny i flamingi.

Przyjeżdżam do Uyuni wieczorem, znajduję sobie pokój i szybko decyduję się też na biuro, żeby zacząć wycieczkę już kolejnego dnia, bo szkoda tracić dzień w miasteczku. Uyuni jest małe, nieciekawe i nastawione na turystów, w drodze na pustynie solną – mnóstwo tu pamiątek i restauracji, ale wszystko jest droższe. Więc już o 11 rano kolejnego dnia spotykam przy biurze swoich znajomych na kolejne 3 dni. Na szczęście trafiam bardzo dobrze i tworzymy zgrany zespół – Chile, Francja, Wielka Brytania, Irlandia i Polska. I kierowca, który jest jednocześnie naszym kucharzem i przewodnikiem też jest miły. Wyjeżdżamy w trasę - zobaczyć pustynię solną. ale i południe Boliwii, przez pustynne krajobrazy. To zdecydowanie jeden z lepszych punktów mojej wyprawy – piękne widoki, do tego fajni ludzie, dobra muzyka na drogę - przygoda!
 
Pierwszy przystanek to cmentarzysko pociągów – cementario do tren, tuż przy Uyuni, gdzie znajdują się ruiny pociągów, które kiedyś przewoziły minerały. Można się po nich wspinać, skakać i jest też huśtawka.


Potem zatrzymujemy się w małej wiosce Colehani, ale ta właściwie skupiona jest na sprzedaż pamiątek czy rękodzieła, swetrów itp. 

W końcu docieramy na pustynię solną, która tak - robi niesamowite wrażenie! Jest ogromna, jedziemy przez sam środek i jesteśmy pełni podziwu dla kierowcy, który się tu nie gubi. Za to rzeczywiście co jakiś czas mijamy jakieś tablice ku pamięci tych, którzy się tu zgubili i niestety zginęli. W dzień na pustyni jest bardzo gorąco, ale w nocy temperatura bardzo spada.

Dalej widzimy utworzone małe góry soli – to ciężka, słabo płatna praca, która jest zajęciem wielu osób z regionu.


Hotel solny na pustyni. Nie wszystko, ale większość zrobiona jest z soli, no i na podłodze sól. Już się tu nie śpi, ale do środka zawsze można wejść, a większość grup ma tutaj lunch.

A nieco dalej, ale ciągle na pustyni, zatrzymujemy się na lunch i zabawę ze zdjęciami i perspektywą. 

A potem docieramy na wyspę Incahuasi - Iisla del Pescado, pełną kaktusów – gigantów. Ponoć zasadzone – przywiezione z Machu Picchu przez Inków. Rosną metr w 100 lat, a wiele z nich jest ogromnych, nawet po 8metrów. 








Jedziemy dalej - jest pora deszczowa, więc nawet myślałam, że Uyuni będzie bardziej przypominało niby-jezioro, wtedy wszystko dookoła odbija się w wodzie. Ale tak nie było, tylko gdzieniegdzie pozostałości po deszczu.

Aż po długiej jeździe docieramy do naszego hotelu Sandvan, częściowo też zrobionego ze soli. Podczas wyprawy do Uyuni zakwaterowanie jest zawsze skromne, raczej nie ma ciepłej wody, albo się za nią płaci, w nocy jest dość zimno, ale nie tak bardzo w lutym, marcu (zima jest tu w lipcu, sierpniu) - łóżka mają ciepłe kołdry i koce. A poza tym spędza się noc na praktycznym pustkowiu, więc jest pięknie!

Wybieramy się na zachód słońca, a potem żeby oglądać gwiazdy. Całe niebo gwiazd.

Kolejny dzień zaczynamy o 7 rano od śniadania, a potem w drogę. Czeka nas całodniowy przejazd na południe z pięknymi widokami i wieloma przystankami. Co jakiś czas zatrzymujemy się żeby podziwiać zmieniający się szybko krajobraz. Dookoła nas wulkany! 

Przez pustynię biegnie tor pociągu - to musi być malownicza trasa, która prowadzi z Calamy w Chile do Oruro w Boliwii. 

Nasza wesoła ekipa:

I piękny punkt widokowy z prawie 6000m wulkanem Ollague w tle.

Tego dnia widzimy też piękne laguny i flamingi! Całe mnóstwo flamingów!

Potem zatrzymujemy się i znów nasz kierowca wyczarowuje nam obiad z bagażnika.

Po drodze widzimy wikunie - z rodziny lam, ale to dzikie zwierzęta, pod ochroną. 




Jesteśmy też na pustyni Desierto Siloli Hiplanica z pięknymi formacjami skalnymi. W tym Arbol de Piedro – drzewo ze skały.

I kolejna laguna (Laguna Colorada) - tutaj też lamy! 



Wieczorem znów wybieramy się na zachód słońca, ale jest tak zimno, że odpuszczamy kolejne nocne oglądanie gwiazd. Wieczór celebrujemy z winem, ale szybko kładziemy się spać - kolejnego dnia wyjeżdżam o 5 rano, żeby zobaczyć gejzery jeszcze przed wschodem słońca.

Jest niesamowicie zimno, ale jesteśmy pod wrażeniem.

Spacerujemy i przyglądamy się gejzerom z bliska. W wielu woda aż bulgocze. 


Zmarznięci wsiadamy do auta i jedziemy w stronę wód termalnych, gdzie będziemy się kąpać, żeby poczuć się cieplej. O razu jak pojawia się słońce robi się dużo przyjemniej.

Docieramy! Niesamowita ulga, kiedy możemy się ogrzać w wodzie około 30 stopni.

Dalej jedziemy już w stronę granicy z Chile. Przejeżdżamy na wysokości 5000 metrów! Dalej znów mijamy piękne formacje skalne na pystyni zwanej pustynią Dali'ego, aż docieramy do Zielonej laguny – Laguna Verde.

Tuż przed granicą się rozdzielamy, część, w tym ja – jedziemy do San Pedro de Atacama w Chile, resztę czeka kilkugodzinny powrót do Uyuni. 
Zdecydowanie będę miło wspominać :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój e-mail - nie przegapisz wpisu :) / Follow by Email :) Don't miss a post!