2/18/2016

Salvador, Brazylia - karnawał w Salvadorze

Czas na miejsce, które polubiłam najbardziej z całej Brazylii do tej pory mi znanej :) 

Znów, jak przy Rio, trochę się bałam Salvadoru - słyszałam, że to miasto też niebezpieczne, że większość mieszkańców tu jest czarnych, więc turystę bardzo łatwo zobaczyć i ci od razu są nagabywani, żeby coś kupić i też są łatwiejszym celem do kradzieży. Ale znów, wyobrażenia niczym nie przypominają rzeczywistości. Znów słyszałam o przypadkach kradzieży, dzieci, które wyrywają z ręki telefon czy z kieszonki portfel i uciekają, ale znów, mi nic złego się nie przytrafiło. I jakoś tak dobrze się tu od razu czułam - najlepiej, bo przez couchsurfing trafiłam na najfajniejszych ludzi jakich mogłabym sobie wyobrazić :) Byłam goszczona przez Jeffersona, który mieszka w wielkim jakby akademiku - super atmosfera, a do tego przy samym oceanie :):):):):) 
Nic z tego, że plaża trochę dzika - z kamieniami zamiast piasku i pełna jeżowców, na które oczywiście musiałam nadepnąć - możliwość popływania z samego rana była zbyt kusząca :)


Czasem podróżując w pojedynkę jestem rzeczywiście sama, ale czasem właśnie udaje się poznać bardzo fajnych ludzi i od razu zostać przyjętą do kręgu znajomych - w bardzo fajnym gronie spędziłam więc ostatni dzień karnawału :) 

Mnóstwo tu "synów Gandhiego" - idea zabawy w pokoju - panowie w charakterystycznych strojach i z wieloma naszyjnikami, żeby obdarowywać nimi wiele dziewczyn w zamian za pocałunek.

Karnawał w Salwadorze jest niezapomnianym przeżyciem - z tym, że znów różnych rzeczy się nasłuchałam zastanawiając się poważnie czy sobie nie odpuścić - że trzeba płacić, albo bawić się w tłumie - tworząc tzw. popcorn (pipoca), a wtedy trzeba niesamowicie uważać, i do tego może być agresywnie. Ale dzięki temu, że byłam z tutejszymi, wybraliśmy spokojniejsze i darmowe miejsce, gdzie jednak też zabawa była bardzo dobra i do samego rana - wybraliśmy się do dzielnicy Barra i Ondina, czyli przy plaży.
Karnawał w Salvadorze to przede wszystkim blocos, czyli imprezy uliczne - duże ciężarówki z muzyką i tancerzami, za którymi podążamy tańcząc - i tak podążając za kilkoma takimi pojazdami można wybawić się do typowych brazylijskich rytmów - znów nie tyle samby, co raczej sertanejo, arrocha, funk, muzyki elektronicznej itp. Wszystko chronione przez policję. Piwo jest tanie, wszyscy są zadowoleni :)

Jeszcze z okolic akademika.

Poza ludźmi i zabawą karnawałową, samo miasto zrobiło na mnie duże, duze wrażenie - jako pierwsza stolica Brazylii, z widoczną architekturą kolonialną - właściwie chodziłam cała w zachwycie ciągle robiąc zdjęcia :) Kolorowo!

Pelourinho:














Zdecydowanie trzeba zobaczyć wnętrze kościoła Igreja de Sao Francisco bogato zdobione złotem i z krużgankami w niebieskich kafelkach azulejos.

I wiele innych kościołów - i już i w centrum można się spotkać z wstążkami fitas, ale zaraz zobaczycie Bonfim - tam tych wstążek jest na prawdę dużo, bo z tamtym miejscem są związane.

Poza tym co uwielbiam w Brazylii, ale już o tym pisałam, to dużo zieleni - w samym centrum miasta - tyle zieleni, parków, że wydaje mi się, że w Europie byłby to zaraz jakiś park narodowy :P Tu punkt widokowy w samym centrum historycznym.




A zaraz za Pelourinho dzielnica Santo Antonio, czyli dłuższy spacer poszukując kolorowych detali :)



Za to za co uwielbiam jeszcze Salvador to Bahianki - mieszkanki regionu Bahia, w turbanach i kolorowych strojach - sprzedają aracaje i inne lokalne potrawy, drinki, albo robią warkoczykowe fryzury.



Indianin też się znalazł.

Dalej zjechać można windą do "niższego miasta" - Cidade Baixa - a tam Mercado Modelo, gdzie kupić można pamiątki, a czasem rano też zobaczyć capoeirę.

Kolejna warta zobaczenia część miasta to Ribeira :) 

A tam wg mojego hosta najlepsze lody :) Potwierdzam, że dobre - przynajmniej po długiej i męczącej przez słońce podróży autobusem - mnóstwo smaków do spróbowania.












I wreszcie Bonfim - gdzie pełno kolorwych wstążek fitas, które symbolizują prośby, życzenia. Tam też i ja zostawiłam wstążkę. Można ją też zawiązać na nadgarstku, wymyślając 3 życzenia i nosząc je dopóki same się nie zniszczą. To ważny kościół nie tylko katolicki, ale i dla religii candomble.










Podziękowania za uzdrowienia i spełnione prośby:


Spacer dalej - na Ponta de Humaita. Po drodze kupujemy kokosa i w drogę na zachód słońca :)








Innego jeszcze dnia złapałam zachód słońca w drodze na Farol de Barra - latarnię morską.

A jeszcze ostatni dzień w Salvadorze wykorzystałam na plażowanie. Wycieczka autobusem wybrzeżem, planowo do praia Itapua, ale że była bardzo zatłoczona pojechaliśmy dalej, do praia Flamengo :) Z autobusu piękne widoki, a woda tu turkusowa!!!!! Kolejny powód, żeby uwielbiać Salvador!








Poprosiłam Jeffersona, żeby pokazał mi ruchy capoeiry, bo tutaj w Salvadorze jest bardzo popularna :) Na pokaz capoeiry rzeczywiście zabrakło mi czasu. Szkoda mi też, że nie zobaczyłam muzeów czy nie dowiedziałam się więcej o tradycji religii candomble, bo to w regionie Bahia ma dziś wielu wyznawców - ciekawa mieszanka katolicyzmu i kultury afrykańskiej.




Nie tylko kukurudza na plaży, tu kokosy i smażony ser :)



Salvador zdecydowanie stał się tym miejscem, do którego niesamowicie chciałabym jeszcze wrócić, nacieszyć się tym wszystkim co już zobaczyłam i czego nie zdążyłam i przede wszystkim wybrać się na wyspy, których tu tak dużo w Zatoce Wszystkich Świętych!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój e-mail - nie przegapisz wpisu :) / Follow by Email :) Don't miss a post!