2/05/2016

Brazylia - blisko 3 miesiące - o codzienności, o stażu i o Campo Grande.

Właściwie można powiedzieć, że około połowa mojego pobytu tu za mną. ... A ja już nie na stażu, bo zerwałam umowę :D 

Ale zostaję w Ameryce Południowej. Przede mną to czego chciałam, czyli podróże, a potem może zaczepię się o pracę w hostelu, czy coś innego z workaway. Bo tutaj nie do końca wyszło - fajnie, ale to nie praca, ani miasto na dłużej. Już się za bardzo przyzwyczaiłam, i za bardzo znowu ciągnie mnie do zmian. Ale mam swoje powody.

Przede wszystkim staż, który wyobrażałam sobie trochę inaczej - ale wiadomo, jak duże jest ryzyko wybierając taką opcję pracy w zupełnie innym kraju i jeszcze przez pośrednika (tu AIESEC). Właściwie ciężko mi było sobie wyobrazić jak ten staż będzie wyglądał, ale byłam dobrej myśli - szef okazał się niesamowicie przyjazny, ludzie w pracy tak samo, bardzo luźna i bezstresowa atmosfera, dostawałam za pracę wynagrodzenie, więc właściwie wszystko w porządku, tylko zabrakło mi trochę organizacji, bo właściwie poczułam się trochę pozostawiona sama sobie. Dostałam laptopa i mogłam już zacząć  pracować, robić marketing - haha. Ale na prawdę tak to wyglądało. To nie korporacja, żeby zostać przeszkolonym. Miałam swoje pomysły, ale i tak było trudno. Pierwszy miesiąc jeszcze się usprawiedliwiałam sama przed sobą, że prawie nic nie zrobiłam, ale, że może rzeczywiście potrzebuję czasu na aklimatyzację, na poznanie firmy, zrozumienie jak funkcjonuje rynek i przystosowania się do nowej wersji portugalskiego, zupełnie innej, niż tej znanej mi z Portugalii. Potem skupiłam się więcej na grafice, bo na to ta odmienność kulturowa aż tak nie wpływała, więc łatwiej było mi cokolwiek zrobić - foldery, certyfikaty. Ale przede wszystkim zostawało mi dużo czasu, dużo czasu, żeby może się czegoś nauczyć, ale samemu, dlatego dużo więcej czasu niestety marnowałam. Czułam się przez to zle i dużo narzekałam na pracę wszystkim dookoła, a w końcu nie przyjeżdża się tak daleko, żeby robić coś, co nie daje satysfakcji - próbowałam wcześniej coś zmienić, ale ostatecznie porozmawiałam z szefem i rzuciłam wszystko.


Widok z biura zdecydowanie lubiłam :) 17 piętro i widok na miasto.

Zawiodłam się trochę znów na AIESEC, nic szczególnego, doceniam pomoc, szczególnie w pierwszych dniach, tylko szkoda mi, nie nie było takiego dłuższego niż na chwilę zainteresowania, ale to też rozumiem - zawsze bardzo zajęci - bo AIESEC jest prowadzony przez studentów, którzy mają masę innych obowiązków. Dostałam dużo pomocy w formalnych załatwianiach, ale mało jak dla mnie pokazania nam miasta, kultury, a ja tego zawsze bardzo szukam. Ale za to, poza ludźmi z mieszkania, czy tymi poznanymi z couchsurfingu, to właśnie inni wolontariusze/stażyści z AIESEC byli najfajniejszymi, których tu poznałam - tak więc, za to AIESEC lubię, za takie jednak możliwości i szanse :) Szkoda tylko, (jak zresztą we wszystkich tego typu wymianach, projektach, wolontariatach) że wszystko jest intensywne, ale szybko się kończy. 

Poznałam tu osoby z Kolumbii, Boliwii, Argentyny, Peru, Niemiec i Grecji.
Z Marią z Boliwii w jeden deszczowy dzień - rozśmieszyło nas to miejsce - taki jakby przystanek dla taxi na ulicy - jest ławka, ale, ale... jest też telewizor, żeby przypadkiem nie przegapić telenoweli!

Ostatecznie nie do końca podobało mi się samo miasto - Campo Grande. Jeszcze przed przyjazdem Brazylijczycy, czy osoby, które były w Brazylii radzili, żeby się zastanowić, albo szukać lepiej innego miejsca. A ja szukałam, ale nie miałam rzeczywiście innych opcji, przyjechałam licząc, że poznam Brazylię i tak :) Ale Brazylię jednak dużo lepiej poznać tam, gdzie spełnią się nasze oczekiwania co do Brazylii - czyli w miejscu z plażą i sambą i otwartymi ludźmi - a to wszystko właśnie NIE tutaj, haha! Właściwie cały ten region tutaj, jeśli chodzi o kulturę, jest bardziej mieszanką bliskich Paragwaju i Boliwii. Kuchnia nie jest tak bogata jak inne regiony Brazylii, ludzie są bardziej zamknięci, uwielbiają sertanejo i funk, a mało słucha się samby i mało się tańczy (no chyba, że funk i sertanejo!). Campo Grande nie należy do miast bardzo turystycznych, chociaż turyści też tu się pojawiają. Tuż po przyjeździe z Boliwii, albo w drodze tam, czy jako przystanek przed Bonito czy Pantanalem. I chyba punktem dla wszystkich jest tutejszy targ miejski - Mercado Municipal. Poza tym można powłóczyć się po centrum.


A żeby odpocząć w parku - wybiera się Parque das Nacoes. Ładne miejsce na zachód słońca. 

Do tego w okolicy są wodospady, ale gdzieś daleko i bez samochodu ciężko się dostać.
Właściwie wszędzie dość ciężko się dostać, ale co zrobić. Pobyt tu to duża nauka cierpliwości w oczekiwaniu na autobus, ale też poznanie różnych ludzi na przystankach czy w autobusie :) 

Miasto można uznać za studenckie - przyjeżdżają tu studenci z innych miast Brazylii, żeby studiować na Uniwerystecie Federalnym Mato Grosso de Sul - UFMS - zdarzają się tu też wymiany zagraniczne. Dużo zieleni, kapibary, jest jezioro, czy stadion.




Pierwszego dnia mojego pobytu w Campo Grande poszłam właśnie na teren uniwersytetu i znalazłam kolorowe piórka papug - a niedawno widziałam też papugi jak leciały z daleka :)

A ja podczas mojego pobytu byłam na brazylijskim weselu! Zaproszona przez samą panią młodą - pracowałam z Franciellen, a na jej wesele zaproszona była cała firma. Ceremonia w plenerze, z pięknymi piosenkami o miłości w tle zrobiła na mnie wrażenie. A potem brazylijski obiad z salgadinhos jako przystawkami, a potem oczywiście z churrasco, czyli grillowanym mięsem, które tu wszyscy uwielbiają, drinki i zabawa przy sertanejo - oczywiście :) Wszyscy wymyślnie ubrani i mocno wymalowani. W porównaniu z polskim weselem - dużo bardziej na luzie, mniej wódki, a więcej piwa czy drinków, mniej zabaw, ale zabawy też były - pan młody z ekipą swoich kolegów chodzili od stolika do stolika i zbierając od panów do słoika pieniądze, za co pan młody dawał sobie obcinać każdemu po kawałku krawat na pamiątkę. Rzucanie bukietu kwiatów też było, ale cała zabawa skończyła się też wcześniej, spora część gości wychodziła nawet przed północą. 

Poniższe zdjęcia to zdjęcia profesjonalnego fotografa z wesela - Top Studio Fotografias z Campo Grande. 

Nie było ceremonii w kościele, ale był pastor - jak większość osób, które tu poznałam, Franciellen też chodzi do kościoła protestanckiego. Jednego dnia wybrałam się też do takiego kościoła, żeby zobaczyć jak taka ceremonia wygląda - jest dużo bardziej spontaniczne, ludzie krzyczą - amen, alleluja, jeśli zgadzają się z tym co pastor mówi, cieszą się i machają, a niektórzy nawet wstają i skaczą jakby dopingując. 

No i chyba wreszcie poczułam trochę coś jak szok kulturowy. I jeszcze nigdy tak nie doceniałam Europy, jak dobrze i łatwo jest w domu i jak tanio można podróżować. Ale tego chciałam - zmiany perspektywy. Dlatego mimo zerwania stażu, jeszcze tak od razu nie wracam. A gdybym mogła jeszcze raz to bym wyjechała i tak, więc wyjazdu nie nazwałabym porażką :) Taka opcja była dla mnie łatwa, bezpieczna i wygodna - pewnie nie koniecznie najlepsza, bo wyszło na to, że nie potrzebne było tyle zamieszania o wizę, czy tyle czasu szukania stażu - mogłam wyjechać sama, ale straciłabym też te wszystkie dobre rzeczy, które mnie tu spotkały, za to przed siebie ruszę teraz. 

Zaczyna się karnawał! Nie wybrałam Rio - to ten karnawał najbardziej znany, ale autentyczny da się poznać też w innych miejscach - tak więc jadę na północny-zachód do Recife, Olindy i Salwadoru, potem odwiedzę też stolicę - miasto Brasilia, a pod koniec lutego wyruszę już poza Brazylię - do Boliwii i jeszcze dalej :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój e-mail - nie przegapisz wpisu :) / Follow by Email :) Don't miss a post!