2/26/2016

Boliwia, Santa Cruz

Pierwszy raz przekraczałam granicę w Ameryce Południowej. Wcale nie tak dużo tych załatwień, chociaż jest odpowiedzialność nie zapomnienia o tych wszystkich pieczątkach wyjazdu i wjazdu do kraju. Granicę Brazylii z Boliwią przekraczałam przez Corumbę – tam trzeba najpierw wystać w kolejce po pieczątkę wyjazdu z Brazylii od urzędu Policia Federal, potem wystarczy przejść przez most i otrzymać pieczątkę wjazdu do Boliwii. Po stronie Boliwijskiej miasteczko Puerto Quijarro.
Stamtąd na dworzec taksówką – jest śmiesznie – pierwsze pytanie, czy mam męża i dzieci i zdziwienie, że podróżuję sama :) Poza tym myślą, że jestem Brazylijką, bo nie znam hiszpańskiego, a mówię do nich po portugalsku.



Czeka mnie już tylko nocny przejazd do Santa Cruz, zaczynam poznawać autobusy Ameryki Południowej, które rzeczywiście są wygodne, ma się dużo miejsca. Z dworca odbiera mnie Maria, która była w Campo Grande na wolontariacie - uwielbiam spotykać na nowo przyjaciół poznanych w podróży. Wspólnie wspominamy to co razem dzieliłyśmy w Brazylii.

Maria pomaga mi załatwić sobie boliwijski numer i zarejestrować go – inaczej nie działa. Pokazuje mi miasto, gdzie dość dużo jest starej architektury, jest katedra, ale przede wszystkim ważne są targi, więc znów – handel, handel, handel :) Santa Cruz to ponoć najbogatsze miasto w Boliwii, dość nowoczesne, ale dookoła też zobaczyć można boliwianki w typowych strojach - cholitas, powozy konne. 

Moje pierwsze dni w Boliwii to przede wszystkim uczta kulinarna :) W domu Marii jestem miło przyjęta, znów jemy feijoadę, farofę, tak typowe dla Brazylii, a w samym mieście próbuję mnóstwo dobrego, typowego dla regionu jedzenia w miejscu z tradycyjną kuchnią - Cabanas del Rio Pirai.



Saltenas - różnego rodzaju przekąski, empanadas de queso, de maiz, de arroz, sonso, cunape, masaco, dużo kukurydzy, ziemniaków (maniok), sera. A do picia różnego rodzaju soki - somo z kukurydzy, mocochinchi z suszonych brzoskwiń. I podobna do somo chicha - też napój z kukurydzy, takie niby puwo, napój bardzo tu popularny i dobry!

Jednego popołudnia wybieramy się do zoo – zwykłe zoo, ale jest też część, gdzie papugi, tukany – latają prawie wolno. A inne zwierzęta też trzymane są w dość znośnych warunkach. Więc udało mi się zobaczyć te zwierzęta, których w Brazylii się nie udało na wolności – krokodyl, tukan, jaguar - i to z tak bliska!.


Ostatni dzień był dniem wyborów co do zmiany konstytucji w Boliwii – cały kraj się zatrzymał, to dzień, w którym się nie pracuje, a każdy musi zagłosować! Dodatkowo już kilka dni przed nie sprzedaje się alkoholu - Santa Cruz więc tego weekendu było bardzo spokojne i nie udało się wybrać na obiecaną mi salsę. W dniu głosowania wstrzymano też ruch samochodów – tak więc wybrałyśmy się na rowerową przejażdżkę po mieście i dopiero wieczorem kiedy ruch już przywrócono, był mój czas wyjazdu dalej – kolejne miasto i kolejne odwiedziemy znajomej. Wcześniej kupiłam bilet, ale okazało się, że autobus odjechał pół godziny wcześniej, niż powinien. Maria się dla mnie nieźle wykłóciła ze sprzedawcą i tak nieco później, innym autobusem, ale pojechałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój e-mail - nie przegapisz wpisu :) / Follow by Email :) Don't miss a post!