2/29/2016

Cochabamba, Boliwia i o wolontaricie w La Casa de los Niños

Kolejny nocny przejazd. Jedziemy, w przewodniku czytam, że okolice dworca są niebezpieczne, szczególnie nocą, dlatego czasem ponoć nawet przyjeżdżając w nocy nie wypuszcza się przyjezdnych tylko czeka aż wstanie dzień. Dlatego kiedy około 2 w nocy autobus się zatrzymał gdzieś nie wiadomo gdzie stwierdziłam, że może jesteśmy przed czasem i kierowca wybrał zatrzymać się wcześniej. Ale Boliwijczycy nie zaakceptowali tej sytuacji – jedna cholita z autobusu zaczęła bardzo krzyczeć na kierowcę, wręcz został zmuszony aby jechać. Ostatecznie dobrze, bo wcale wcześniej przed czasem nie byliśmy. Tuż po świcie zaczęłam widzieć piękne góry dookoła i zaczęłam żałować, że nie pokonałam tego odcinka w dzień, żeby móc podziwiać piękne krajobrazy, Zaczynają się góry! Tak jak w Santa Cruz było jeszcze gorąco, tak tu już trzeba było wyjąć zapomnianą przez miesiące bluzę i długie spodnie. 

Rozejrzałam się od razu za autobusami do La Paz, mojego kolejnego przystanku i tym razem zdecydowanie wolę już kupić bilet na gorąco, tuż przed odjazdem. Wychodzę i od razu zapytana czy potrzebuję taksówkę próbuję się jeszcze targować – od koleżanki dostałam adres i informację ile mniej więcej kosztuje taxi, żeby mniej więcej się orientować i nie zapłacić więcej jako nic nie wiedząca gringo. Dojechaliśmy więc bezpiecznie – do Casa de los ninos, miejsce gdzie wolontariuszką jest moja znajoma z Włoch. To włoskie stowarzyszenie, dom, miejsce dla rodzin w trudnej sytuacji, szkoła - miejsce pomocy dla wielu chorych dzieci.




Poza Chiarą, moją znajomą poznałam tu też innych wolontariuszy z Włoch, Argentyny i Hiszpanii.
Dzieciaki dostają od nich wszystkich dużo uwagi i miłości. Niesamowite jest kiedy wszystkie się śmieją, jak zwykłe, zdrowe dzieci. Chiara jest Włoszką i poznałam ją 2 lata temu w Armenii! Ale już od prawie roku jest w Boliwii gdzie pracuje z dziećmi jako wolontariuszka. Nauczyła się szybko hiszpańskiego i nie bardzo chce wracać. Jest tu niesamowitą pomocą.



W przypadku dzieci bariera kultur chyba nie istnieje. Może być nieśmiałość, ale jeśli chcę się z nimi bawić to osaczą i nie puszczą :) 

Innym z kolei przedstawiam się, że jestem Polką, że to daleko, i że w ogóle język mamy zupełnie inny i śmieszny. Pytam czy chcą posłuchać i mówię, że w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie, a oni wyłupiają oczy i śmieją się, że nic nie potrafią zrozumieć :)



Poza dziećmi mieszka tu wiele rodzin - część z nich wcześniej nie miała domu, żyła na ulicy. Poznaję miłe panie i proszę o zdjęcie. 

Następnego dnia jedziemy do miasta, na targ La Cancha– w Cochabambie jest największy targ Ameryki Południowej! Tu dziewczyny muszą kupić materiały do szkoły – zeszyty, kredki, klej, nożyczki. Wsiadamy w 5 do taksówki, po drodze dosiada się kolejna osoba, to nic, że trochę ciasno. Płacimy tyle co za autobus, czyli około złotówkę każdy. Tak podobno tu taksówki funkcjonują – jak autobus - ale to specjalne taksówki - trufi. (Ale to o tych czytałam, że mogą okazać się niebezpieczne, bo są przypadki, że dosiada się osoba, która okrada.) Targ okazuje się bardzo duży, więc pierwsze skojarzenie to wielki chaos, do którego musiałam się chwilę przyzwyczaić. Wszyscy wydają się jakby biec, trzeba uważać żeby w kogoś nie wpaść, albo co gorzej żeby nie wpaść pod samochód. Wielki chaos. Ale kolorowy. Więc kiedy odnajdujemy stoisko, którego szukamy, zatrzymujemy się na chwilę, a ja robię zdjęcia wszystkiego co dookoła.






Do domu wracamy autobusem. Przy zakrętach przez chwilę czujemy się jak w wesołym miasteczku, bo dość dobrze nami rzuca, ale mamy z tego ubaw.

Kolejnego dnia wybieramy się znów do miasta i na targ – tym razem już spokojniej, przyglądam się, a nawet kupuję plecak! A potem mam duży problem spakowania go do mojego już i tak pełnego bagażu... Ale ciężko się oprzeć kiedy tyle pięknych rzeczy i do tego zwykle o połowę tańszych niż byłoby to w Europie.

Przechadzamy się też po mieście, główny plac, katedra ...
 ... i kolejką pod pomnik Chrystusa – większy od tego w Rio, do nie dawna największy na świecie, ale przebił go nasz polski pomnik Chrystusa, hahaha, nawet nie wiedziałam :P Tu z piękną panoramą na całe miasto. 

Wracamy mikro – busem wyklejonym plakatami gwiazd Disneya :) A wieczorem udaję się już na dworzec i kupuję w ostatniej chwili bilet na nocny autobus do La Paz – połowę taniej niż kiedy pytałam o cenę 2 dni wcześniej – opłaca się w Boliwii zdecydowanie nie planować zbyt wcześnie...   

Wpisz swój e-mail - nie przegapisz wpisu :) / Follow by Email :) Don't miss a post!