Dania

Lipiec 2009r.

Jakże niesamowicie cieszyłam się tym wyjazdem ;) A wszystko dzięki mojej siostrze, która pracowała tam chwilowo i chętnie nas przyjęła. Był to więc krótki, rodzinny wyjazd, w którym poznałam chłodną i deszczową naturę tego kraju, a również zakochałam się w jego prostocie i porządku ;) Chciałam bardzo zobaczyć Kopenhagę, jednak zrezygnowaliśmy właśnie ze względu na pogodę. Mieszkaliśmy za to w okolicach Aarhus, drugiego co do wielkości miasta, zaraz po Kopenhadze. Nazywany zresztą podobno małą Kopenhagą. Objeździliśmy też pobliskie małe miasteczka, byłam też nad fiordem, który jednak niczym nie może się równać z fiordami norweskimi, które jak na razie podziwiam tylko ze zdjęć, choć mam nadzieję zobaczyć je kiedyś na żywo.

Krótko to, co typowego wyłapałam dla Dani. Flaga, których w Dani mnóstwo, większość Duńczyków ma koło domu rozwieszoną małą flagę. Spodobało mi się, i przypomniało, że my wieszamy nasze flagi bardzo rzadko, choć z drugiej strony może dodaje to naszej fladze większej powagi, uroczystości, szacunku. I urocze wiatraki, bez których nie mogłabym wyobrazić sobie krajobrazu tego kraju ;)




Grenaa - to malownicze miasteczko rybackie, gdzie znajduje się port i oceanarium ze skarbami cieśniny Kattegat.




A tu sklep ze świerzymi zwierzątkami prosto z morza:

Oceanarium:

To o ile dobrze pamiętam sala, w której można dotykać zwierzątka.

To przejście nad rekinami było niesamowite :)


Ebeltoft - małe miasteczko z kolorowymi domkami w przeróżnych kolorach. Prostota, w oknach brak firanek, nie ma ogórdka, jednak malwy są :)




Aarhus - To już nie miasteczko, a miasto i to duże. Już wiem, że trzeba kupić sobie kartę pamięci do aparatu, bo pamiętam jak zastanawiałam się, czy wystarczy mi miejsca i oszczędzałam ze zdjęciami! I tak z samego miasta nie mam prawie nic. A do czego muszę się jeszcze przyznać to to, że zamiast spacerować, zwiedzać, wybrałam się na duńskie wyprzedaże. I wyprzedaże są tam porządne i większe niż takie jakie ja przynajmniej do tej pory widziałam. Co prawda humor na zakupy mi nie sprzyjał, ale i tak zakupiłam sobie ładną, czarną bluzę z H&M za 20zł. A w mieście mnóstwo ludzi, barów, knajp i dużo rowerów :)
To przypadkowe mieszkanie w Aarhus. Spodobały mi się kolory.



A bardzo fajnie nam się udało, bo akurat w ten dzień odbywała się symulacja walki wikingów ;)



Randers - Do Randers pojechaliśmy, bo zachęciło nas tamto muzeum Randers Regenskov - sztuczne lasy deszczowe Azji, Ameryki Południowej i Afryki. Niezwykłe miejsce! Nad głową skaczą swawolnie małpy, latają piękne motyle, trzeba chodzić po linowych mostach, a wokoło rośliny z dalekich kontynentów. To było na prawdę niesamowite.







I spacer po Randers:




Oprócz tego Randers położone jest nad fiordem. Muszę jednak przyznać, że przynajmniej z tamtego miejsca nie różnił się bardzo od zwykłej rzeki. Jednakże byłam nad fiordem ;)

Gdzieś po drodze zatrzymywaliśmy się też przy duńskich kościołach. Wszystkie surowe ze skromnym cmentarzem.



A Duńczycy mogą się też pochwalić dobrym kinem :) Tutaj (kliknij) moje podróże kinowe po Skandynawii.

0 komentarze:

Prześlij komentarz